firmowo...
2011-12-16 22:33:47
Tydzień z głowy.. jeszcze jeden i znów do domu..
Był to bardzo dziwny czas a będzie jeszcze dziwniejszy.. Nie mogę się połapać, wszystko tak pędzi, zmienia się, natłok informacji, natłok zdarzeń.. Dziś chyba było apogeum tego wszystkiego.. Sama nie wiem.. Gubię się trochę..
Zacznijmy może po kolei.. Ex wyjeżdża do Meksyku.. ponoć na dwa lata, ale z jego firmą nigdy nie wiadomo - może na krócej, może na dłużej, a może 9 stycznia nie pojedzie nigdzie, bo do tego czasu może się sporo pozmieniać. Grunt, że negocjacje z Argentyną idą wolniej niż przypuszczał i na razie Meksyk..a może w międzyczasie się coś zmieni.. Wszystko pięknie, ładnie, ale.. no właśnie.. od jakichś dwóch-trzech miesięcy nawet rozmawiamy, spotykamy się, dogadujemy i.. muszę stwierdzić, że chyba jednak potrafimy być dobrymi przyjaciółmi, tak jak to było zamierzone.. I..chyba boję się to stracić, bo wiem, jak było (jest) z moimi przyjaciółmi w Polsce.. życie toczy się własnym biegiem, urywają się kontakty.. ja tak nie chcę... Pozytywne może być za to to, że w ten weekend przyjeżdża B., jeden z moich najlepszych przyjaciół z PL.. i to na zasadzie.. wysłali mnie w końcu na projekt do Hiszpanii (200km stąd), mam weekend wolny, przyjeżdżam..i...to mi się podoba.. zwłaszcza, że ten tydzień będzie musiał być pod znakiem spontaniczności i kreatywności, bo inaczej się chyba załamię, jak zacznę to wszystko analizować..:) Źle nie jest, ale już przytłoczona jestem tymi zmianami.. We wtorek dostałam zaproszenie od Exa na kolacje.. przegadaliśmy ponad 3 godziny w pewnej francuskiej restauracji - czym mnie zaskoczył bardzo, ponieważ od lat mówiliśmy żeby się do niej wybrać i nigdy nam nie wychodziło.. a tym razem taka niespodzianka.. i teraz do przyszłego tygodnia się nie zobaczymy.. ostatni tydzień i wiem, że to jest urwanie głowy, po prostu nie cierpię pożegnań.. Wiem, że jeszcze na 1-2 dni w styczniu będzie, ale to już nie to samo.. Trzeba zamknąć ten etap i jakoś średnio mi się to udaje.. Ale.. w momentach logicznego myślenia i porywach nostalgii przynajmniej wiem, że mimo wszystko jest ok, że udało nam się wypracować to, co chcieliśmy..ja dawniej chciałam więcej, ale jak widzę, na czym się skończyło to cieszę się.. mam wrażenie, że jak ze wszystkim jesteśmy znów wyjątkiem od reguły. I dobrze.
Hm... z pozostałych ciekawostek..W ramach świątecznej fiesty w firmie, która odbyła się minionej nocy, wydarzyły się następujące rzeczy:
- bankomat, w którym chciałam wybrać pieniądze dysponował tylko dużymi nominałami, wybrałam jeden z nich... ku późniejszemu
rozczarowaniu, bo poza taksówką za nic nie trzeba było płacić (w końcu to firmowa impreza, więc w sumie logiczne..)
- w losowaniu nagród o północy nikt nie wygrał z mojej ekipy (12 osób na około 600 innych i 50 potencjalnych nagród świątecznych)
- za to każdy dostał po butelce wina na odchodne (w ramach noclegu kumpeli z pracy u mnie w domu, stałam się dumną posiadaczką trzech butelek, bo jeszcze jedna kumpela się zrzekła..)
- wytańczyłam się co niemiara i ogólnie stan poimprezowy - kac: 0% , senność: 100%
- koleżance podpaliły się... włosy (od świecy).. najgorsze to to, że..nawet tego nie zauważyła...
- oficjalnie zabawa się skończyła w okolicach 6 nad ranem (na 8 do pracy wszyscy.. nie ma co..)
- w domu byłam w okolicy godziny 5..
- około godziny 5.10. musiałam zadzwonić do mojego banku i... zablokować kartę bankomatową bo gdzieś posiałam moją portmonetkę.. mea culpa prawie na 100% bo nie było możliwości by ktoś mi to mógł ukraść w drodze od szatni do taksówki a mniej więcej w tym momencie ową portmonetkę z oczu straciłam
- rezultat: zgubiona karta bankomatowa, dowód osobisty i banknot o wyższym nominale niż zwykle używam.. nie dokońca tak źle, jak sobie pomyślę, że z reguły noszę przy sobie O WIELE więcej.. ale że nigdy nie wiadomo jak z imprezami bywa.. to tym razem większość zostało w domu (przezornie..?)
Teraz tylko czekam na telefon z dyskoteki czy się odnajdzie wszystko i zastanawiam się jak załatwić w szybkim czasie nowy dowód.. bo kartę o 5.10 nad ranem mi nową wyemitowali, do tygodnia powinnam dostać..
W pracy byłam ostatecznie o 9.45, a wyszłam nieco przed 15.. więc ogólnie źle nie było... tylko jeszcze żeby mi się spać tak nie chciało.. a po południu drzemki nie było bo non stop telefony..
Zobaczymy czy przetrwam do przyszłego piątku... i w jakim stanie ;)
I jeszcze żeby ten szalony wiatr tak nie wiał...
Buziaki!
PS. Z innej beczki... A tak wyglądają góry wokół Madrytu.. choć to bardziej w okolicach kwietnia.. mój ulubiony szczyt Peñalara (2428m), taka polska Gubałówka (taki tam ruch..) tylko prawie tak wysoka jak Rysy...
Tagi: święta, praca, impreza, firma, madryt, chiquilla
skomentuj (0)