chiquilla


La vida no es esperar a que pase la tormenta... aprende a bailar bajo la lluvia...

zimno. 2012-02-13 21:07:22

Zimno... wiem, ze nie tak jak w Polsce, ale zimno, sporo ponizej zera (jak na polwysep iberyjski przystalo - w gorach nawet do -20!).. nawet nie chce myslec, o rachunkach jak przyjda za ogrzewanie.. Ale mimo wszystko ostatnio po rozmowach ze znajomymi, ktorzy przyjechali z Polski.. pomimo cen, ktore tutaj wzrastaja w okresie zimowym nawet 10krotnie to i tak.. placi sie mniej.. W ogole, patrzac na to, co sie dzieje w kraju.. owszem, wzrost gospodarczy w Polsce widac, ale w Hiszpanii - nawet w kryzysie - lepiej sie zyje.. choc przyznaje, ze widac coraz wiecej osob w metrze, czy na ulicy proszacych o pieniadze lub jedzenie..:S Smutne, bo wiele z tych osob, jakby nie musialo, to by na ta ulice nie wyszlo.. 


A poza tym ostatni tydzien jakis spokojny byl.. tylko dzis sie okazalo, ze pewne linie lotnicze odwoluja loty i .. za niecale dwa tygodnie (w dodatku tego samego dnia) mial przyleciec z Meksyku Ex.. a do Meksyku miala leciec moja wspollokatorka.. i wydaje sie, ze kazdy zostanie tam gdzie jest, a firma dalej rozsyla zaproszenia i reklamy nowych tras.. 
 
Jak na razie holiday planning pelna para.. ale o szczegolach, jak juz cos bedzie ustalone.. ;) i mam nadzieje, ze tym razem samolotow odwolywac nie beda.. 


skomentuj (0)

segovia 2012-02-02 10:47:58

A dziś tak troszkę fotograficznie.. W poprzedni weekend było troszkę zwiedzania.. Wyciągnęłam moją kuzynkę do mojej ulubionej Segovii... Wiem, że wszyscy, co przyjeżdżają do Madrytu jeśli już jadą poza miasto, to bardziej do Toledo, które było pierwszą hiszpańską stolicą.. Ale.. Segovia robi na mnie przytulniejsze wrażenie.. Zamek jak z bajek Disneya (niestety głównie na zewnątrz, bo komnaty już takie sobie..), katedra, wąskie uliczki.. i najważniejsze.. przeogromny akwedukt rzymski sprzed 2000 lat.. nad uśpionym miasteczkiem robi wrażenie.. Jest sporo turystów, ale mimo to, na spacer spokojnie można się przejść.. dojazd do oddalonego o 100km miasteczka zajmuje 27 minut.. więc czemu nie, prawda? Dojazd do pracy mi zajmuje więcej! Nie ma to jak szybkie pociągi!

W poniedziałek moja pri pojechała do Toledo i wróciła zachwycona, choć twierdziła, że Segovia również jej się bardzo podobała.. ale ja mimo wszystko, sobie odpoczęłam od gwaru, natłoku wydarzeń, ciągle spieszących się ludzi.. I jak na razie marzy mi się więcej takiego relaksu! Już się rozglądam za biletami... 

A wycieczkowy fotograficzny efekt zakończył się tak:


Akwedukt...

i boćki styczniowe też były!


a akwedukt tak czy siak.. robi wrażenie.. i na sam koniec - niebieskie niebo!!! Doczekaliśmy się ;D

było pochmurnie.. ale tym ciekawszy efekt.. :)


Enjoy :)!!

Tagi: podróże, hiszpania, segovia, chiquilla

skomentuj (3)

koniec stycznia... 2012-01-31 12:24:21

Biorąc pod uwagę, że mamy już 31 stycznia muszę uznać ten miesiąc za baaaaaaaardzo zajęty.. A ponoć jaki początek roku, taki cały.. 


Podsumowanie ostatnich kilku tygodni zajęłoby mi całkiem sporo.. 

Przede wszystkim zostałam ciocią (pierwszy raz w życiu tak oficjalnie..) a dziś właśnie kupiłam bilety by owe cudo zobaczyć.. dopiero na Wielkanoc, ale coż.. wcześniej i tak będą pielgrzymki moich rodziców, teściów, więc.. daruję sobie zamieszanie :)

Poza tym dalej jest rodzinnie, bo właśnie od tygodnia jest u mnie moja kuzynka.. z którą w sumie przez 10 lat się nie widziałyśmy, ale mam wrażenie, że się dogadujemy jakby to było kilka tygodni.. Przyjechała nie sama, tylko z całą swoją ekipą tenisową, ale oni wynajeli apartament, a ona jest z jednym znajomym u mnie.. Ogolnie wesoło, zwiedzania sporo, jak zawsze! Plus weekendowe wyjścia nocne i zwiedzanie barów madryckich, co jest równie dużą atrakcją turystyczną... Ja dziś w pracy, a jutro już wyjeżdżają niestety.. Nie wspomnę już o meczach Madrytu i Barcelony, które były równie intensywnym przeżyciem, czy siedmiopoziomowej dyskotece, na której czułam się jak w filmie pt. "Gdzie jest moja kuzynka?" bo między grupą Polaków, którzy chcieli bawić się przy jednym typie muzyki, w tłumie ludzi, których jak dla mnie było za dużó, a grupą moich hiszpańskich znajomych, którzy wybrali karaoke.. było ciekawie.. Dodam też że pojawiła się w tym samym momencie postać mojego znajomego z Bilbao.. na zasadzie jaki ten mały świat.. ale to inna historia.. :D

Ponad tydzień temu również skończył się remont łazienki.. 10 dni bez prysznica we własnym domu troszkę może zmęczyć każdego.. ale na szczęście od czego ma się sąsiadów :) Oczywiście nie mogło się obyć bez starć z moją współlokatorką, ale mam nadzieję, że wyprowadzę ją na prostą nieco.. Może się ułoży, po prostu nie potrzebne mi są księżniczki, którym się wydaje, że wszystko wolno.. I kończę temat, by nie zacząć narzekać :D

A tak ogólnie do niedawna było bardzo ładnie, pogoda na krótki rękawek w ciągu dnia, choć na grube rękawiczki o zmroku.. Uroki 15-20 stopniowych zmian temperatury w ciągu dnia dają się we znaki czasem... Ale przynajmniej czas spędzałam aktywnie.. grając w pseudo tenisa ze znajomymi w parku i usiłując odnaleźć pierwsze oznaki wiosny... 



Tylko że teraz temperatury na -5.. a w weekend mają jeszcze spaść..i.. mimo wszystko nie jest źle..Widząc jak mróz skuwa całą Europę.. -5 to wcale nie taka tragedia :) I jednym z największych plusów jest to, że niebo jest tak intensywnie niebieskie... 


Ale i tak marzy mi się jakiś wakacyjny weekend na plaży w Asturii.. 


Jeszcze kilka miesięcy... 

Udanego tygodnia wszystkim!



Tagi: hiszpania, busy, styczeń, chiquilla

skomentuj (2)

problem z niczego...:P 2012-01-13 12:51:20

No to mam efekt post-przeprowadzkowy.. Od trzech dni wieczorne kolacje, piwka, winka, itp.. a miaa być dieta postświąteczna.. hehe no cóż.. poczeka do poniedziałku.. 

Oprócz tego, że mieszkam z moją znajomą z pracy (razem nie pracujemy, więc ogólnie i tak większość dnia się nie widzimy..choć zobaczymy jak się poukłada..), to wczoraj jeszcze przyjechała moja była współlokatorka z Barcelony i zostaje do niedzieli, więc troszkę się dzieje..:) Ale w sumie.. dopóki jeszcze możemy, to czemu nie pobawić się trochę! Tak pozytywnie :D
 
A od poniedziałku zaczynamy remont łazienki.. i... tu nam się trochę skomplikowana sytuacja... I bynajmniej nie do końca przez owy remont.. 

Ogólnie to wychodzi na to, że mieszkam (i to od ponad roku) z jedną dziewczyną, która na przestrzeni tego czasu wydawała się osobą bardzo sympatyczną, inteligentną i na plus.. Do czasu.. Ostatnie dwa miesiące jednak były w jej wykonaniu dość dziwne, a już ostatni weekend i wczoraj przebiły wszystko i po prostu nie wiemy jak zareagować (bo na żadne kłótnie ochoty brak..).

Przede wszystkim uważam, że każdy z nas ma prawo robić, co chce, ma swój rozum, podejmujemy decyzje niezależnie od innych, jesteśmy dorośli i naprawdę nic mi do tego jak kto spędza czas. Moja "compi" w ubiegły weekend przeprowadzkowy wybrała się do Valencii.. sama, nie mówiąc o tym nikomu.. Ale, mieszkając z 3 osobami, które uważają się za jej przyjaciół, gdy wszyscy są przyzwyczajeni do tego, że jak gdzieś się wybieramy to mimo wszystko mówi się, kiedy wrócę.. Oczywiście tak się nie stało w tym wypadku, a że komórka była wyłączona przez trzy dni zero kontaktu.. Nieważne, wróciła cała i zdrowa. Pomijam, że w Hiszpanii ona nie ma ŻADNEJ rodziny, która jest te 10tys km stąd i nie komunikuje się w języku hiszpańskim i ciekawe kto się nią tu zainteresuje.. Następnym razem nie będę się wcale przejmować i tyle i inni też.. bo po co nerwy..  
I... jak jej o tym powiedzieliśmy wczoraj (o tym, że się o nią martwiliśmy) to po prostu ... się obraziła. 
1:0 dla niej.. 

Dodam, że mieszkając w cztery osoby, mimo wszystko staramy się utrzymać atmosferę w miarę rodzinną i przyjacielską, bez zamykania się w pokoju, bez obrażania się (ok, każdy jak wiadomo ma ciężkie dni,ale z reguły właśnie o to chodzi, by sobie pomagać) i jak dla mnie jest to warunek konieczny by dobrze mi się żyło i do tej pory w większości przypadków działało bez zarzutu.. i z nią też przez rok było ok. A od dwóch miesięcy coś jest nie tak.. I nie wiem (ani ja ani inni), czy coś źle zrobiliśmy, czy ma problemy, czy coś złego się dzieje... 

Drugim gwoździem do trumny stało się zaraz po obrażeniu się, stwierdzenie (i to dość niegrzeczne), że.. mam wstrzymać remont łazienki (decyzję podjął właściciel mieszkania, nie ja!). 

Uzasadnienie: dostała dodatkową pracę od przyszłej środy na 10 dni (na codzień pracuje na uczelni lub z domu) i.. musi brać przysznic żeby ŁADNIE WYGLĄDAĆ (tłumaczenie dosłowne).. 2:0 dla niej..

Ręce opadają - wszyscy pracujemy i musimy "ładnie" wyglądać, czy to w biurze, czy w rozmowie z klientami, czy gdziekolwiek, gdzie się wymaga kontaktu z ludźmi.. i od ponad miesiąca była znana data i wszyscy się już "mentalnie" przygotowali... a tu taki problem nagle wyrósł, prawie z krzykiem i łzami w oczach dwa dni przed, żeby odwołać hydraulika, murarzy, itp.. 

A tak naprawdę, to problem (i tym razem poważny) ujawnił się chwilę później.. 

Nie doszła do mnie jej wpłata za mieszkanie.. Zrobiła źle przelew, zły nr konta (nie wiem, jak bank tego nie zablokował, ale to nie moja sprawa w tej chwili..) i jest X pieniędzy w plecy prawdopodobnie.. Tym bym naprawdę się przejęła bardziej niż tym, że koleżanka jej udostępni łazienkę do kąpieli i będzie musiała iść do niej codziennie .. Zobaczymy, czy uda się jej odkręcić to wszystko. 

Ajjjjj samutno mi trochę, ponieważ wiem, że rozmawiając na spokojnie, bez jakiejś ukrytej agresji na pewno byłaby lepsza sytuacja na mieszkaniu, a teraz wychodzi że ja z pozostałymi dwiema - super, a z S. po prostu nie wiemy jak to ugryźć (bo to nie tylko ja tak mam)... Się okaże. Przestaniemy się przejmować i tyle. Jeśli woli mieszkać gdzie indziej, bo z nami jej źle, to nie ma problemu.. ale ja na żadne kłótnie czy złą atmosferę nie pozwolę.. I już. 

Puffff... to się wygadałam.. zobaczymy, jak się poukłada weekend... A od poniedziałku.. hmm... damy radę :)

Tagi: chiquilla

skomentuj (0)

Nowy Rok rozpoczęty.. 2012-01-08 19:23:23

buff... dużo się dzieje i czasu na pisanie brak.. 

ale jutro mam jeszcze jeden dzień wolnego, więc może nadrobię.. bo miniony piątek, jako Trzech Króli też był wolny choć tutaj to nie to samo co w Polsce.. 
Od Nowego Roku działo się dużo, a nawet więcej.. 
Od 2 dni mam exa na mieszkaniu.. jutro wielka wyprawa na podbój Meksyku na najbliższe 2-3 lata.. Oby się udało.. W końcu się doczekał, a że się napawdę na to szefowanie napracował, oby tylko ten stres i nadmiar nowych obowiązków go nie zjadł.. ale szczerze mówiąc, widząc jak wolno idą te meksykańskie sprawy jedyne co go zje to stres z powodu "mañana" i "ahorita mismo", w dosownym tłumaczeniu "jutro" i "już zaraz", a w życiu codziennym praktycznie "nigdy" lub "aż ponownie się zapytasz".. :) bussiness is bussiness hehe
A poza tym to mam od tych samych dwóch dni przeprowadzkę na mieszkaniu, tzn. P. się wyprowadza (tzn. od czwartku miało go nie być, a pewnie zostanie do jutra lub do wtorku..) a dziś się wprowadziła M. ode mnie z pracy, tzn. miała się wprowadzić od piątku, ale jest od dziś.. takie małe urwanie głowy.. dość, że zmontowaliśmy łóżko w 5 osób dzisiaj oraz szafę z szufladami.. i podobno inżynierowie w większości, a 6 godzin zabrało hahaha ale w międzyczasie jeszcze była pizza i jabłecznik domowej roboty, więc jak tu nie zrobić sobie przerwy.. 

A.. i najważniejsze.. w nocy, wracając z Exem i współlokatorką z piwa, jakoś o 3 nad ranem.. nagle na facebooku mi się pojawia wiadomość od mojej mamym która właśnie do mnie napisała.. "zostałaś ciocią".. tego akurat się nie spodziewałam, tzn. zostać ciocią owszem tak, bo na dniach miało się wydarzyć, ale tego, że akurat mi madre wybierze sobie taką a nie inną formę komunikacji o tej porze dnia i nocy..:) 

Czyli wszystko ok, idziemy z postępem, świat się zmienia, rodzina się powiększa, jak na razie 2012 idzie ku dobremu :D

Buziaki dla wszystkich!!

PS. A tak świętowaliśmy Trzech Króli.. z typowym ciastem hiszpańskim "Roscon".. 5 osób, 4 kraje, 3 kontynenty... nice :D


skomentuj (0)

Driving home for Christmas.. 2011-12-24 14:55:38

 Dzisiejszy wpis (mam nadzieje ze sie nie skasuje..) powstaje w troche dziwnych okolicznosciach..Jest tuz po polnocy 24 grudnia.. jade wlasnie z Berlina do domu...Tak akurat wyszlo, ze kierowca nie jestem ja,  a ze noc jest dluga..

Wlasciwie to chcialam sie podzielic nowinami..przede wszystkim zaskoczenie dzis na lotnisku - telefon od mojego bylego sasiada z czasow mojego pierwszego mieszkania w Madrycie, a zaraz potem od wlascicielki owego mieszkania..bynajmniej nie z zyczeniami swiatecznymi! (choc na koniec tez bylo) przyznaje sie, ze wzieli mnie z zaskoczenia! Poniewaz od prawie 3 lat nie rozmawialismy..bo owa wlascicielka to osoby choc na pierwszy rzut oka sympatyczne..na dluzsza mete okazaly sie osobami dosc toksycznymi..ale ja nie o tym bo bylo..minelo..ale coz..Powodem owych telefonow bylo to, ze ... Ktos odeslal znalezione dokumenty, ktore zgubilam tydzien temu.. Dowod osobisty (ktory mialam wyrobic 27grudnia) i karta bankomatowa (wlasnie wczoraj przyszla mi nowa..) a pieniadze ktore byly w portmonetce ktos sobie wzial za znalezne..

To, co, zastanawia to sa ludzie.. fakt, ze owe dokumenty ktos musial znalezc..zaniesc chyba na policje z tego co zrozumialam, poszukac mojego nazwiska (bo polski dowod i bez adresu, ktory nie wiem czy by odszyfrowali).. Odeslac go nad uzyskany adres (podejrzewam ze to byl moj pierwszy rejestr na policji, ktory jest obowiazkowy dla kazdego obcokrajowca i stad mieli adres stary a nie nowy)..
Poza tym wlascicielka mieszkania poruszyla 'niebo i ziemie' czyli swojego sasiada, ktory zachowal moj nr telefonu i zadzwonili oboje.. 
Taki mini swiateczny cud, ktory po prostu zaoszczedzi mi stania w kolejkach i uzerania sie z paniami urzedniczkami..

A poza tym to lot z Madrytu byl niefajny (choc narzekac nie bede) bo w otoczeniu placzacych dzieci..na szczescie do towarzystwa mialam marokanskiego meza mojej przyjaciolki, ktory juz nie mogl sie doczekac polskich Swiat ;) jedynw co go martwilo to czy spadnie snieg...bo Swieta bez sniegu..wiadomo ;)
I..pozegnalam prawie na dobre Exa..tzn. Jeszxze w styczniu sie zobaczymy przed jego wyjazdem do Meksyku ale takie oficjalne pozegnanie 'rodzinne' bylo w czwartek.. O dziwo ciesze sie, nie placze, chce by kazdy.z nas ulozyl sobie zycie..a ze.w ramach urodzinowych prezentow dostalam przewodniki po Peru i po Meksyku..to chyba nie mam wyjscia ;) ogolnie pozytywnie i.. Ciesze sie z tego bardzo!

Wam zycze bardzo udanych Swiat Bozego Narodzenia spedzonych w gronie najblizszych, pelnych szczescia, radosci i magii.

Do uslyszenia wkrotce!

PS. Jak widac, dojechalam, a wpis ukazuje sie z kilkugodzinnym opoznieniem.. ;)

Tagi: polska, hiszpania, swieta

skomentuj (2)

firmowo... 2011-12-16 22:33:47

Tydzień z głowy.. jeszcze jeden i znów do domu.. 


Był to bardzo dziwny czas a będzie jeszcze dziwniejszy.. Nie mogę się połapać, wszystko tak pędzi, zmienia się, natłok informacji, natłok zdarzeń.. Dziś chyba było apogeum tego wszystkiego.. Sama nie wiem.. Gubię się trochę.. 

Zacznijmy może po kolei.. Ex wyjeżdża do Meksyku.. ponoć na dwa lata, ale z jego firmą nigdy nie wiadomo - może na krócej, może na dłużej, a może 9 stycznia nie pojedzie nigdzie, bo do tego czasu może się sporo pozmieniać. Grunt, że negocjacje z Argentyną idą wolniej niż przypuszczał i na razie Meksyk..a może w międzyczasie się coś zmieni.. Wszystko pięknie, ładnie, ale.. no właśnie.. od jakichś dwóch-trzech miesięcy nawet rozmawiamy, spotykamy się, dogadujemy i.. muszę stwierdzić, że chyba jednak potrafimy być dobrymi przyjaciółmi, tak jak to było zamierzone.. I..chyba boję się to stracić, bo wiem, jak było (jest) z moimi przyjaciółmi w Polsce.. życie toczy się własnym biegiem, urywają się kontakty.. ja tak nie chcę... Pozytywne może być za to to, że w ten weekend przyjeżdża B., jeden z moich najlepszych przyjaciół z PL.. i to na zasadzie.. wysłali mnie w końcu na projekt do Hiszpanii (200km stąd), mam weekend wolny, przyjeżdżam..i...to mi się podoba.. zwłaszcza, że ten tydzień będzie musiał być pod znakiem spontaniczności i kreatywności, bo inaczej się chyba załamię, jak zacznę to wszystko analizować..:) Źle nie jest, ale już przytłoczona jestem tymi zmianami.. We wtorek dostałam zaproszenie od Exa na kolacje.. przegadaliśmy ponad 3 godziny w pewnej francuskiej restauracji - czym mnie zaskoczył bardzo, ponieważ od lat mówiliśmy żeby się do niej wybrać i nigdy nam nie wychodziło.. a tym razem taka niespodzianka.. i teraz do przyszłego tygodnia się nie zobaczymy.. ostatni tydzień i wiem, że to jest urwanie głowy, po prostu nie cierpię pożegnań.. Wiem, że jeszcze na 1-2 dni w styczniu będzie, ale to już nie to samo.. Trzeba zamknąć ten etap i jakoś średnio mi się to udaje.. Ale.. w momentach logicznego myślenia i porywach nostalgii przynajmniej wiem, że mimo wszystko jest ok, że udało nam się wypracować to, co chcieliśmy..ja dawniej chciałam więcej, ale jak widzę, na czym się skończyło to cieszę się.. mam wrażenie, że jak ze wszystkim jesteśmy znów wyjątkiem od reguły. I dobrze. 

Hm... z pozostałych ciekawostek..W ramach świątecznej fiesty w firmie, która odbyła się minionej nocy, wydarzyły się następujące rzeczy:
- bankomat, w którym chciałam wybrać pieniądze dysponował tylko dużymi nominałami, wybrałam jeden z nich... ku późniejszemu     
rozczarowaniu, bo poza taksówką za nic nie trzeba było płacić (w końcu to firmowa impreza, więc w sumie logiczne..)
- w losowaniu nagród o północy nikt nie wygrał z mojej ekipy (12 osób na około 600 innych i 50 potencjalnych nagród świątecznych)
- za to każdy dostał po butelce wina na odchodne (w ramach noclegu kumpeli z pracy u mnie w domu, stałam się dumną posiadaczką trzech butelek, bo jeszcze jedna kumpela się zrzekła..)
- wytańczyłam się co niemiara i ogólnie stan poimprezowy - kac: 0% , senność: 100%
- koleżance podpaliły się... włosy (od świecy).. najgorsze to to, że..nawet tego nie zauważyła... 
- oficjalnie zabawa się skończyła w okolicach 6 nad ranem (na 8 do pracy wszyscy.. nie ma co..) 
- w domu byłam w okolicy godziny 5.. 
- około godziny 5.10. musiałam zadzwonić do mojego banku i... zablokować kartę bankomatową bo gdzieś posiałam moją portmonetkę.. mea culpa prawie na 100% bo nie było możliwości by ktoś mi to mógł ukraść w drodze od szatni do taksówki a mniej więcej w tym momencie ową portmonetkę z oczu straciłam
- rezultat: zgubiona karta bankomatowa, dowód osobisty i banknot o wyższym nominale niż zwykle używam.. nie dokońca tak źle, jak sobie pomyślę, że z reguły noszę przy sobie O WIELE więcej.. ale że nigdy nie wiadomo jak z imprezami bywa.. to tym razem większość zostało w domu (przezornie..?)

Teraz tylko czekam na telefon z dyskoteki czy się odnajdzie wszystko i zastanawiam się jak załatwić w szybkim czasie nowy dowód.. bo kartę o 5.10 nad ranem mi nową wyemitowali, do tygodnia powinnam dostać.. 

W pracy byłam ostatecznie o 9.45, a wyszłam nieco przed 15.. więc ogólnie źle nie było... tylko jeszcze żeby  mi się spać tak nie chciało.. a po południu drzemki nie było bo non stop telefony.. 

Zobaczymy czy przetrwam do przyszłego piątku... i w jakim stanie ;)
I jeszcze żeby ten szalony wiatr tak nie wiał... 

Buziaki! 

PS. Z innej beczki... A tak wyglądają góry wokół Madrytu.. choć to bardziej w okolicach kwietnia.. mój ulubiony szczyt Peñalara (2428m), taka polska Gubałówka (taki tam ruch..) tylko prawie tak wysoka jak Rysy... 

Tagi: święta, praca, impreza, firma, madryt, chiquilla

skomentuj (0)

Księga Gości